Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 sierpnia 2012

Przed-wrześniowe porządki i malinowy urodzaj :)

Dzisiaj na śniadanie malinowo. Wczoraj wieczorem zebraliśmy około 2 kilo malin z krzaczków. Część przekształciłam z dżemy, część zamroziłam, a na śniadanie zrobiłam bardzo, bardzo malinową owsiankę.
Owsianka na mleku sojowym z jabłkiem, dużą ilością malin i sosem malinowym malinową. 

Wczorajszy dzień od rana do nocy upłynął pod znakiem sprzątania. Jedni sprzątają na wiosnę, ja natomiast pod koniec sierpnia. Chyba dzieciństwo i szkoła podstawowa ukształtowały we mnie poczucie, że nowy początek nie zaczyna się wiosną, a 1września. Kiedyś w sierpniu kupowałam zeszyty (długo wybierając ładne okładki), układałam książki na regałach i porządkowałam ołówki. Teraz mam inne bałagany do ogarnięcia.
Moja kuchnia stanowczo wymagała sprzątania. Od szafek po lodówkę. To była długa i żmudna praca. Lodówka opustoszała (nie dlatego, że czegoś jest mniej), szafki pachną lawendą. Na dobry wrześniowy początek. 

 
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przez dodawanie ostatniej notatki nieomal spóźniliśmy się na pociąg. Do wagonu wbiegaliśmy już po gwizdku konduktora, a bilety kupowaliśmy dopiero kiedy o 2 w nocy obsługa chciała je sprawdzić. Swoją drogą bileterem był taki mały zabawny młody Pan konduktor dumny jak paw ze swojej urzędowej funkcji. Przez cały czas kiedy go widziałam, zaspana w środku nocy nie mogłam pozbyć się wrażenia, że Pan zbyt mocno wziął sobie do serca szkolenia z "bądź dumny ze swej pracy".

Niemniej jednak nad ranem dotarliśmy na Kujawy i po jako takim dojściu do siebie mama zrobiła nam śniadanie. W stylu mojo-mamowym. Dużo (za dużo) wszystkich rzeczy o których kiedykolwiek chyba powiedziałam, że strasznie je lubię. Były więc kujawskie marchewkowe bułeczki i rogale, którymi zajadałam się na śniadanie przez 3 dni z rzędu. Było mnóstwo rzepakowego miodu, sera, twarogu, syropu klonowego i słoje nutelli. Na pierwsze śniadanie był też sos śmietanowy z kurkami, jajka z majonezem i sama nie wiem co jeszcze. Jak to u mojej mamy.
Od jedzenia bolały nas brzuchy. A poza tym było miło.

Dzień 1 z 3

Dzień 3 z 3


3 dni bez owsianki na śniadanie. Nieźle, prawda ? Z myślą w pociągu: a na śniadanie będzie owsianka i porankiem O Oł...., a gdzie płatki ?

piątek, 10 sierpnia 2012

Jak tylko znajdę chwilę. Śniadanie w bałaganie





Świat ostatnimi czasy przelatuje mi między palcami. Dni wypełnione są po brzegi, a śniadania jedzone są w pośpiechu. Kilka dni temu - 3 a może 4 - wróciłam z Fornostu. To taki duży zjazd fanów Tolkiena i szeroko pojęciej fantastyki. Chciała bym tu zamieścić coś więcej o nim. Wrzucić jakieś zdjęcia szytych od miesięcy sukienek, pokazać owsiankę gotowaną co rano na kominku w domku kempingowym, opisać jak dobrze się bawiliśmy... ale żywcem brakuje mi czasu. Dopiero co wróciłam musiałam zabrać się za pracę. Pracę i malowanie mieszkania, które na szczęście prawie udało się już nam skończyć. Teraz tylko wpakuje rzeczy do plecaka i za 10 północ mamy pociąg na Kujawy. Przyszedł czas odwiedzić dawno nie widzianą rodzinę.
Potem znowu kilka dni pracy i doprowadzania mieszkania do porządku - może dwa może trzy - i znowu w czwartek wyjazd. Tym razem pod Wrocław na Ardę. Podobny tylko znacznie mniejszy zjazd. Nie minie dzień a zaczyna się we Wrocławiu Polcon.
Ciężko w tym wszystkim znaleźć czas na prowadzenie bloga, fotografowanie śniadań, a nawet zwykłe patrzenie w monitor komputera. Ale owszem - wrócę tu - kiedy tylko będę mieć chwilę czasu. A tak na stałe pewnie od października. Tym bardziej podziwiam Sylwię, która jest w stanie notatki wrzucać codziennie - wakacje - niewakacje. Dom lub nie dom. 

Dziś jednak obudziłam się rano i uznałam, że chciałabym pamiętać to zaganianie. Nawet jeżeli teraz sądzę, że nie mam na to czasu


Śniadanie pyszne, acz pośpieszne i jedzone na kanapie, albo na ziemi, albo sama nie wiem jak bo mieszkanie z powodu remontów, wyjazdów i kolejnych wyjazdów jest w strzępach.
Śniadanie: owsianka na mleku sojowym z dużą ilością banana i malinami oraz sokiem malinowym. Na to trochę serka wiejskiego.
Do tego szarlotka z bezą z wczorajszych urodzin znajomego.

W tle słoiki malinowego dżemu, resztka zeszłorocznego syropu z róży i generalny kuchenny bajzel na blacie.















Na zdjęciu pierwszym - ja  :) Gra główna - Fornost. W roli Margrabiny Carmary z Arnoru. Siostry zmarłego króla. Wyrachowanej baby której prawie udało się przejąć władze ;)

środa, 18 lipca 2012

Prawie góry - krótka śniadaniowa relacja. Dzień słotny, dzień słoneczny i dzień owocobrania.


Prawie góry. Dzień deszczowy. Śniadanie 2. Poniedziałek. Przygotowania do spaceru

Śniadanie: manno-owsianka na górskiej wodzie z borówkami z krzaczka przy domu. Nadal jedząc śniadanie zachodzę w głowę jak to jest, że mam butle wody stamtąd, te same płatki i mannę i dokładnie takie same borówki. A smak nie do powtórzenia.

***

Prawie góry. Dzień słoneczny. Śniadanie 2. Niedziela. Śniadanie na schodkach werandy.

Śniadanie: waniliowy makaron razowy na mleku sojowym. Z malinami z pół dzikich krzaczków. Rozgrzewający na chłodny poranek ciepłego dnia. 

W trakcie dnia druga genialna odsłona malin: ciepły waniliowy budyń z mnóstwem malin. 
To był też dzień pracy i pisania oraz odwiedzenia starego franciszkańskiego klasztoru z małą dzwonnicą i mnichami  którzy postraszyli nas ogniem piekielnym.

***



Prawie góry. Dzień 0. Dzień owocobrania. Sobota. Przyjazd

20.45 Wieczór zapowiadał burze, która jednak nie przyszła. Na stoliku obok leżą dzisiejsze zdobycze - owoce. Włączyłam cichą muzykę, a na kuchence gotuje się woda na kawę. Biorę się do pracy. Malin nie było tyle co rok temu. Pewnie zbyt późno przyjechaliśmy,. Te dzikie już się kończyły, te z chruśniaka jeszcze nie zaczęły. Rekompensował to dziki urodzaj amerykańskich borówek i znalezione w starej części zarośniętego sadu pierwsze tegoroczne papierówki. 

***
Wyjazd ? Moje prawie góry to takie miejsce do uciekania. Gdzie nie ma porządnej drogi, jest za to łąka, lasek, stary zdziczały sad i mnóstwo nieba. Najświeższe powietrze jakie się da i drewniana chatka z okiennicami. 
Zwykle jadę tam po prostu czytać i poszukać nowych ścieżek przez pagórki. Teraz starałam się pracować. Ze skutkiem - raz lepiej, raz gorzej, choć na pewno milej. Na werandzie z widokiem na góry i komputerem podłączonym zestawem przedłużaczy przerzuconych przez okno.

Dlaczego prawie góry ? Bo dla mnie - wychowanej w krainie gdzie patrząc na horyzont widzi się najdalsze jego krańce, gdzie ziemia jest płaska, a każdy pagórek to poważne wybrzuszenie terenu ta wioska to porządne góry. Gdzie nie spojrzysz tam wzniesienia, horyzont ma kilka poziomów. Góra, za górą i jeszcze jedna góra. Ziemia jest tak pofałdowana, że ciężko znaleźć coś choć trochę równego - każda łąka i ogród to stok. Wszędzie pochylnie. Spacer to górska wspinaczka. W górę, w dół,w górę w dół i tak bez końca.
A dla mieszkańców małopolski to stamtąd do gór jeszcze daleko. Żadnych szczytów, żadnych skał - ino troche pagórków..

Z rzeczy ciekawych. Okazało się że pobliskie miasteczko to chyba wielcy fani Milki philadelphi. Mieli jej dużo i stosunkowo tanio. Postanowiłam więc pokierować się zdrowym rozsądkiem i nie doszukiwać się teorii spiskowych w polityce składnikowej Kraft'a. Całkiem niezłe to smarowidło :)