Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegańskie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lipca 2012

Proste śniadanie. Waniliowy ryż na mleku sojowym


Moja lodówka od paru dni nie widziała chyba świeżych owoców. Ze śniadaniami kombinuje więc na poczekaniu. Zwykle wieczorem. Z tego co znajdę  zachomikowanego w szafkach i lodówce. To główny powód dlaczego śniadania są takie proste i powiedzmy sobie szczerze  - nie szczególnie oryginalne.

Bardzo waniliowy ryż na mleku (sojowym) z połową banana (ostatni zachowany owoc) i odrobiną syropu malinowego (domowego - jeszcze z ostatniego sezonu). Do tego serek wiejski z jogurtem i wielką łychą miodu. Kawa. Bardzo mocna kawa z mlekiem z kawiarki.
 
Jutro wyjeżdżam. Rano. Na maliny :) W moje ulubione prawie góry. Tylko....zrobiłam do weekendu znacznie mniej niżbym chciała. Wracam do domu z czytelni i zamiast pracować dalej zaczynam robić wszystko i nic. Nagle wszytko jest ważne i interesujące. O zaległościach przypomina mi się kiedy idę spać. Zawiedziona samą sobą. Wstaje rano i znowu budzę się wielkim kubkiem mocnej kawy. Bo nie każdy poranek musi być entuzjastyczny prawda ? Czasem nieprzytomność  po prostu wygrywa.

Sposób wykonania -  standardowy: gotujemy na dwie osoby około 110-120 g ryżu w małej ilości osolonej wody. Kiedy ryż wchłonie wodę wlewamy około 200-300 ml mleka  i zagotowujemy. Po około 5-6 minutach czekania i mieszania wyłączamy gaz. Dodajemy trochę jakiegoś słodziła np. miód, ziarenka z wanilii, ewentualnie jeszcze trochę soli.  Przykrywamy pokrywką i zostawiamy do rana. Rano dolewamy jeszcze trochę mleka, zmieszamy i podgrzewamy. Dodajemy owoce i inne takie. Koniec.

Czy ciebie też dziś obudził t-mobile sms'em z informacją o tym, że to piątek 13-tego ? ;)

czwartek, 12 lipca 2012

Owsianka do której ciągle wracam


Znowu poszłam spać o 5. Niby wchody słońca są ładne ale bez przesady. Czas mi się kurczy. Ja na prawdę chciałam wyjechać w ten weekend. Budzę się kawą na wodzie mineralnej.
Od jakiegoś czasu w kwestii kawy zrobiłam się wybredna. A już na pewno nie jestem w stanie znieść nawet najlepszej kawy zaparzonej na krakowskiej wodzie miejskiej.



Jedna z moich ulubionych owsianek. Nie wiem czy już kiedyś nie było tu podobnej, ale do tego przepisu z pewnością będę wracać jeszcze nie raz. Owsianka z pokrojonymi daktylami, dojrzałym bananem i czarną melasą. Polana odrobiną gorzkiej czekolady.
No i oczywiście jeszcze wczorajsze czekoladowe muffiny różane.

Gotując śniadaniem dorwałam się za to do garnka z gotowanym bobem ;)


Kiedyś napisze wam coś o Krakowskich czytelniach i bibliotekach. Miejscach w których spędzam co najmniej 1/4 życia. Wbrew pozorom na prawdę można je polubić. Każda z nich ma inny klimat. Od nowoczesnej prawniczej do prastarej na drugim piętrze Jagiellonki. Takiej o drewnianych pulpitach i książkowych półkach na antresolach. Poznałam tam mnóstwo ludzi. Zawiązałam kilka dłuższych znajomości. A wielu bywalców kojarzę z widzenia.
Mam to szczęście mieszkać w bibliotecznym zagłębiu.Szczęście mola książkowego ;)

czwartek, 28 czerwca 2012

Owsianka arcydzieło - wersja poprawiona

Nie ja nadałam jej taką skromną nazwę, tylko mój chłopak. Jest dość ciekawą kompozycj która zaczęła się od słowa "cynamon" (jako odpowiedzi: z czym chcesz owsiankę). Ma w sobie dojrzałego banana, krem kasztanowy, włoskie orzechy w miodzie, cynamon. Jest oblana melasą i syropem z mandarynek. Posypana jasnymi malinami.
Ugotowana na zwykłym mleku sojowym.
Była na prawdę pyszna.

Nie dodana rano ponieważ internet zaszwankował.
Wszelkie błędy we wcześniejszej wersji posta również są tego zasługą. Aż mi głupio i wszystkich was bardzo przepraszam za tragiczną wersję nr 1 (internet stwierdził, że nie dodał notki po czym przestał działać znowu. Mimo że ją dodał bez sprawdzenia).




Ciasto nie zostało zrobione  przez grzane wino. To na prawdę nie moja wina. Ja po prostu strasznie lubię ciepłe wieczory ze znajomymi i kubkiem nieprzyzwoicie słodkiego, korzennego wina. A po dwóch kubkach spojrzeć nawet nie mogę na słodycze i boje się używać malaksera ;)

W ogóle życie z prawie niedziałającym internetem w domu to jakiś koszmar. Nie życzę nikomu.
Z innych mądrości dnia dzisiejszego - Panie z dziekanatu mają "fazy". Fazę "zniszczę was wszystkich" oraz "moje kochane dziubaski". Nie wiem która jest bardziej przerażająca.