Dobrze jest wstać rano, wstawić na gaz śniadanie i usiąść z książką pod cienkim, miękkim kocem. Czuć zapach jeszcze rześkiego powietrza i jaśminu postawionego na stole.
Nawet jeżeli o 6 rano jakiś zabłąkany kibic postanowił dzwonić domofonem i jeżeli nie upiekę dziś ciasta.
Na śniadanie był pewien nieśpieszny eksperyment, a przynajmniej dla mnie nowość. Kaszka jęczmienna (dokładnie pęczak kujawski) na mleku, z owocami - truskawki, banan, i poziomki. Z kleksem serka wiejskiego i wanilią.
A ponieważ śniadanie gotowało się dość długo (liczyłam na to ze pęczak będzie chciał być choć lekko rozgotowany, ale niestety nie podjął współpracy w tym zakresie), to zaraz potem podtostowałam jeszcze kawałki rogala, zrobiłam serek i wyjęłam najlepszy na świecie domowy dżem truskawkowy. Taki smażony o lekkim aromacie miodu.
Śniadanie mogłoby się nazywać również "klęska urodzaju". A to dlatego, że wczoraj buszowałam w ogrodzie zbierając olbrzymie ilości owoców. Mam agrest, poziomki, truskawki, porzeczki, jadalną różę. Do tego różne dżemy, soki i syropy, wielkie jabłko, banany i małe kiwi. I tyle dziś kombinowałam jak tu przyrządzić owsiankę i nie mogąc nic wymyślić, że w końcu mam klasycznie owocowy pęczak. Nie wyprze śniadaniowej owsianki, ale trzeba mu przyznać że ma pewien urok.